W małej Publicznej Szkole Podstawowej w Rzeplinie pod Wrocławiem udało się zrealizować to, co dla wielu świadomych rodziców pozostaje jedynie w sferze marzeń. W placówce nie ma słodyczy. Konsekwentnie prowadzone działania przynoszą efekty. Dzieci jedzą na drugie śniadanie suszone i świeże owoce, razowy chleb, warzywa. Z okazji pasowania na ucznia są książki, maskotki i JEDNA tabliczka czekolady, a na mikołajki – książki albo bilet do planetarium. Celowo nie uruchomiono tu szkolnego sklepiku, i – choć nie było łatwo – udało się przekonać firmę cateringową do zastąpienia batoników i słodzonych jogurtów – owocami.

Na drugie śniadanie w szkole w Rzeplinie są kanapki i owoce. Nie ma słodyczy. Fot. mamoteka.pl

Na drugie śniadanie w szkole w Rzeplinie są kanapki i owoce. Nie ma słodyczy. Fot. mamoteka.pl

Odwiedzamy jedną z klas w rzeplińskiej szkole podczas przerwy śniadaniowej. Dzieci pokazują nam przyniesione z domów śniadania. Jest kanapka z chleba razowego z pomidorem i oliwą, suszone owoce, gruszka. Uczniowie chrupią też rzodkiewki i jabłka z porcji otrzymanych tego dnia w ramach programu „Owoce i warzywa w szkole” Agencji Rynku Rolnego. Jedna z nauczycielek mówi nam, że dzieci przynoszą też musli z naturalnym jogurtem, a nawet  naleśniki ze szpinakiem w pudełkach śniadaniowych. Niektórzy rodzice bardzo aktywnie włączyli się w utrwalanie nawyków związanych ze zdrowych odżywianiem. Jak udało się ich do tego przekonać, jak na co dzień funkcjonuje szkoła bez słodyczy i co można dzieciom zaoferować zamiast cukierków, opowiada dyrektorka placówki, Dorota Szemro-Aleksandrowicz, inicjatorka i koordynatorka akcji.

Mamoteka.pl: Pani Dyrektor, skąd pomysł na szkołę bez słodyczy?

Dorota Szemro-Aleksandrowicz: Promowałam zdrowe nawyki żywieniowe wśród dzieci i młodzieży od dawna.  Zawsze wierzyłam, że o zdrowie należy zadbać w pierwszej kolejności. Ono jest podstawą – fundamentem do pomyślnego rozwoju  intelektualnego, emocjonalnego, społecznego. Jestem nauczycielką i od lat obserwowałam, że słodycze często zastępowały dzieciom śniadania czy obiady. Próbowałam wprowadzić w życie  różne pomysły związane ze zdrowym odżywianiem, ale odnosiłam wrażenie, że jest to walka z wiatrakami.

Skąd Pani czerpała inspiracje do tych inicjatyw?

Uważam, że dobrze poradzili sobie z problemem  Szwedzi, szwedzkie dzieci jedzą słodycze tylko raz w tygodniu, w sobotę lub niedzielę. Duże wrażenie zrobiła na mnie kampania Jamie`go Oliviera, który próbował wprowadzić zdrowe nawyki żywieniowe w brytyjskich szkołach. Badania potwierdziły, że tam, gdzie dzieci jadły zdrowe posiłki, znacznie lepiej się uczyły. Niektóre pomysły podsuwali mi rodzice. Jedna z mam, która przez kilka lat mieszkała we Francji, opowiedziała mi o miskach z owocami wystawianych podczas przerw. Umówiłam się z rodzicami, że będą na zmianę przynosić owoce. Inicjatywa się sprawdzała do momentu, w którym dzieci przez okno klasy obrzuciły przechodniów jabłkami. Prawdziwym wyzwaniem były dla mnie wyjazdy na zieloną szkołę. Dzieci na ogół zabierały ze sobą pół bagażu słodyczy. Zajadały się nimi, a podczas normalnych posiłków traciły apetyt. Wpadałam więc na pomysł, że będę konfiskować słodkości i przechowywać w podpisanych workach. Każdy po zjedzonym śniadaniu czy obiedzie będzie mógł się do mnie zgłosić i wybrać sobie coś na deser. Okazało się, że, gdy uczniowie stracili słodycze z oczu, szybko o nich zapominali. Gdy ich nie było, przestawały być ważne. Rodzice bardzo się dziwili, gdy dzieci wracały do domów z niezjedzonymi zapasami.

To znaczy, że rodzice nie byli zainteresowani, żeby ich dzieci nie jadły słodyczy?

Niestety, to właśnie rodzice często są najsłabszym ogniwem w inicjatywach mających zaszczepić dobre nawyki żywieniowe. Oczywiście nie wszyscy, bo niektórzy aktywnie włączają się w tego typu działania. Na ogół jednak pozyskanie ich przychylności i zaangażowania wymaga wiele wysiłku. Nawet taka kwestia jak szkodliwość jedzenia typu fast food nie dla wszystkich jest oczywista. Mama jednego z uczniów przekonywała mnie, że hamburgery z McDonald`sa są jedynym posiłkiem, który „przeciśnie” się przez aparat ortodontyczny noszony przez ich dziecko. Zaprosiłam więc ich na warsztaty zdrowego odżywiania, podczas których pokazałam im, że istnieje bardziej wartościowe jedzenie, któremu również nie przeszkodzi aparat na zębach.

W Rzeplinie jednak udało się Pani przekonać wielu rodziców do idei szkoły bez słodyczy.

Obejmowałam funkcję dyrektora tej placówki z mocnym postanowieniem, że jedną z inicjatyw, których się podejmę, będzie praca nad odpowiednimi nawykami żywieniowymi dzieci. Mogę powiedzieć, że od początku sprzyjało mi w tej kwestii szczęście. Przede wszystkim nie było żadnego oporu ze strony kadry nauczycielskiej. Nauczycielki przyznały mi rację, że jest to idea, w którą warto się zaangażować, nawet jeśli będzie wymagała dodatkowej energii. Udział wychowawców w dotarciu do rodziców był – i nadal jest – bardzo duży. Z czasem niektórzy rodzice również stali się aktywnymi orędownikami akcji. Na przykład tato jednego z uczniów, kucharz i członek światowej organizacji Slow Food, podjął się zorganizowania warsztatów wspólnego gotowania dla dzieci i rodziców.

Jak udaje się przekonać same dzieci, że szkoła bez słodyczy może być naprawdę fajna? 

Nie jest to łatwe. Dzieci lubią słodycze, jedzą ich dużo. Są przyzwyczajone do tego, ze w nagrodę dostają batonik, czekoladki, lody. Staramy się więc pracować nad tym, aby nasi uczniowie nie utożsamiali nagrody czy prezentu wyłącznie z czymś słodkim do jedzenia. Ostatnio gościł u nas dziadek jednego z uczniów, który opowiadał bardzo ciekawą historię swojego życia. Zamiast pudełka czekoladek w podziękowaniu dostał piękną paczkę z owocami. Chcemy też uświadamiać dzieciom, że uroczystości nie muszą się sprowadzać do celebrowania ich przy jedzeniu. Na przykład urodziny mogą być pretekstem do fascynujących zabaw, spotkań z przyjaciółmi, a nie tylko do zjedzenia czegoś słodkiego. W tamtym roku Rada Rodziców podarowała na mikołajki każdej klasie  książkę do wspólnego czytania, owoce i jedno pudełko ptasiego mleczka. W tym roku już całkiem zrezygnowaliśmy ze słodyczy, za to każde dziecko otrzyma niespodziankę wybraną i zafundowaną jak co roku przez Radę Rodziców Zamiast słodkości Św. Mikołaj podaruje uczniom niezwykłe emocje.

Dorota Szemro-Aleksandrowicz, dyrektor Publicznej Szkoły Podstawowej w Rzeplinie. Fot. mamoteka.pl

Dorota Szemro-Aleksandrowicz, dyrektor Publicznej Szkoły Podstawowej w Rzeplinie. Fot. mamoteka.pl

Jednocześnie staracie się w szkole nauczyć dzieci nawyku jedzenia zbilansowanych, pełnowartościowych śniadań.

Od ubiegłego roku po drugiej lekcji mamy przerwę śniadaniową, podczas której dzieci,  wspólnie z nauczycielkami, jedzą przyniesione z domów śniadania. Cieszy nas, że są one coraz lepsze. Rodzice zaczynają przywiązywać  wagę do tego, co wkładają dzieciom do pudełek śniadaniowych. Nasi uczniowie przywykli już do tego, że zamiast pączków, słodkich bułek czy batoników mają solidne kanapki, owoce, warzywa. Jeśli zdarzają się słodycze, to raczej u dzieci, które od niedawna uczęszczają do naszej szkoły. Dążymy jednak do tego, aby nieprzynoszenie słodkości było  zasadą obowiązującą bez wyjątku wszystkich.

A szkolny sklepik? Jest w planach?   

Sklepiku u nas nie ma i na pewno nie będzie. Podobnie jak żadnych dystrybutorów z batonikami czy napojami. Mamy za to butle z wodą pitną. Uczestniczymy też w dwóch programach Agencji Rynku Rolnego. Są to: popularna „Szklanka mleka” oraz „Owoce i warzywa w szkole”, w ramach którego dzieci z klas I – III dostają dwa razy w tygodniu owoce, warzywa i soki. Obiady mamy z firmy cateringowej. Wpadłam na pomysł, aby zamienić słodkie dodatki na świeżą marchewkę i jabłka. Dostawca zdziwił się, ale dał się przekonać. Wbrew pozorom łatwiej jest dać batonik niż jabłko, które trzeba posortować, umyć, a młodszym dzieciom jeszcze obrać i pokroić. Ale gdy w grę wchodzi zdrowie, nie powinno się sięgać po tańsze i łatwiejsze rozwiązania. To, co jest wartościowe, zawsze wymaga wysiłku, w każdej dziedzinie. Nie ma rzeczy wartościowych i łatwych.

Czy wyeliminowanie słodyczy ze szkoły może faktycznie przyczynić się do poprawy stanu zdrowia dzieci?

Staramy się patrzeć holistycznie zarówno na edukację, jak i na naszych uczniów, w myśl tej koncepcji zdrowe odżywianie jest tylko jednym z aspektów dobrej kondycji i pomyślnego rozwoju. Ogromną rolę odgrywa też ruch. Żadna dieta nie pomoże, jeśli dzieci nie będą biegać po podwórku, grać w piłkę, jeździć na rowerze. Badania, przeprowadzone w naszej szkole, wykazały, że większość dzieci  cierpi na różne wady postawy. Dzięki życzliwości zaprzyjaźnionego sołtysa  zorganizowaliśmy Białe Soboty, w trakcie których uczniowie pod opieką rodziców mogli skorzystać z konsultacji lekarza osteopaty. Teraz poszukujemy optometrysty i ortodonty. Dbanie o dobre nawyki żywieniowe, tak jak i o określone umiejętności, jest długim procesem – nie kończy się w szóstej klasie. Jego efekty będzie można ocenić dopiero po latach. Inwestycja w dzieci jest zawsze  długofalowa, ale „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Wysłuchały i spisały: Urszula Hreniak, Karolina Górska

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

napisz pierwszy komentarz...