Najstarszy Dawid ma 8 lat. Potem była Natalka (6 lat). Trzy lata po niej urodziła się Weronika. Najmłodszy Antek ma 16 miesięcy. Wszystkie dzieci Wiktoryny i Pawła były  oczekiwane. Każde z osobna w naturalny sposób przyjmowane było z radością przez rodziców, a potem również przez rodzeństwo. Bywały trudniejsze chwile. Z pewnych rzeczy trzeba było zrezygnować.  Jednak wraz z każdym dzieckiem przybywało pod ich dachem radości. I wbrew pozorom – z czwórką jest łatwiej niż z jedynakiem.

- Bardzo lubię porody – mówi Wiktoryna. Trzeba przyznać, że w tej kwestii miała dużo szczęścia. Choć, jak sama przekonuje, udane porody zawdzięcza przede wszystkim dobremu przygotowaniu i pozytywnemu nastawieniu. W pierwszej ciąży trafiła do szkoły rodzenia, która odegrała dużą rolę w jej podejściu do aktu narodzin.

– Ważnym doświadczeniem było również spotkanie z zaprzyjaźnioną rehabilitantką. Uświadomiła nam ona, że najważniejsze w czasie porodu jest przestawienie myślenia z siebie na dziecko – opowiada Wiktoryna. – Dotarło do nas również, że poród dla samego dziecka jest najtrudniejszym, wymagającym największego wysiłku doświadczeniem w życiu. W czasie akcji porodowej starałam się więc koncentrować na dziecku, a nie na własnym bólu czy na tym, co się działo wokoło. Myślę, że na przebieg porodów duży wpływ miało moje nastawienie, ale też mój tryb życia w czasie ciąży  – dodaje.

„To dzieje się w głowie”

Biorąc pod uwagę, że Wiktoryna w ciągu ośmiu lat urodziła czworo dzieci, w sumie trzy lata spędziła w stanie błogosławionym. W każdej ciąży starała się przestrzegać kilku żelaznych zasad. Po pierwsze zdrowe odżywianie. Żadnych używek, dużo płynów, zbilansowane i regularne posiłki. Przy chłopcach definitywnie odrzucało ją od słodyczy, za to miewała niestandardowe zachcianki. Przy najmłodszym Antku zajadała się olejem z pestek dyni. Mogła go jeść łyżkami.  Druga zasada – sen. Nawet gdy już kolejne dzieci były na świecie, starała się wcześniej chodzić spać. We wszystkich ciążach czuła też naturalną potrzebę ruchu. Dużo ćwiczyła – najpierw intensywniej, a gdy zbliżał się poród już łagodniej, na piłce. Regularnie chodziła na basen, bo pływanie  ją odprężało i odciążało stawy i kręgosłup. Uwielbiała narty biegowe. Czwarta zasada to dbanie o wewnętrzny spokój i odpowiednie emocjonalne nastawienie. Ponieważ jest osobą religijną, pomagała jej w tym modlitwa.

O porodzie myślała przede wszystkim optymistycznie. – Niesamowite jest to, ile z tego, co się dzieje podczas porodu, zostało wcześniej zapisane w naszej głowie – mówi Wiktoryna. – Dlatego nie słuchałam i nie czytałam traumatycznych opowieści. Dopuszczałam do siebie tylko dobre, pokrzepiające obrazy porodów.

Wszystkie ciąże przebiegały podobnie i przewidywalnie. Około 7 tygodnia przychodził kryzys, który trwał zawsze do 12 tygodnia. Przejawiał się gorszym samopoczuciem, sennością i mdłościami – w przypadku dziewczynek bardzo intensywnymi i męczącymi. Wiktoryna przyznaje, że te kilka tygodni było dla niej trudniejsze niż sam poród. Mimo że przechodziła przez to kilka razy, nie znalazła sposobu, żeby sobie radzić z dolegliwościami tych tygodni. Musiała je po prostu przeczekać. Na szczęście wraz z początkiem drugiego trymestru kryzys mijał. Pozostałe miesiące wszystkich ciąż przebiegały już niemal sielankowo. Wiktoryna miała dużo energii, była aktywna i z pozytywnym nastawieniem przygotowywała się do porodu.

Poród w karetce

Wszystkie porody przebiegały szybko i bez komplikacji. Niektóre nawet szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Z Weroniką, trzecim z kolei dzieckiem, Wiktoryna nie zdążyła dojechać do szpitala. Dziewczynka urodziła się w karetce, cała i zdrowa, w asyście lekarza, który odbierał swój pierwszy w życiu poród. –Niezwykłe w tej historii jest to, że ten poród Weroniki zapisał się w mojej pamięci jako bardzo intymne, łagodne, spokojne wydarzenie – mówi Wiktoryna. – Może dlatego, że ominęła mnie procedura przyjęcia do szpitala w trakcie akcji porodowej. W karetce owinięto mnie i małą prześcieradłami, byłyśmy blisko siebie. Potem po prostu przeniesiono nas do szpitala i mogliśmy już wspólnie z mężem cieszyć się obecnością córeczki– mówi.

Poród najmłodszego Antosia, wprawdzie już szpitalny, też był pozytywnym zaskoczeniem. – Sporo zmieniło się na lepsze od czasu, gdy przychodziło na świat nasze pierwsze dziecko – wspomina Wiktoryna. – W czasie ostatniego porodu położna pytała mnie o zgodę niemal na każdą czynność, jaką chciała wykonać wobec mnie i dziecka. „Czy zgodzi się pani, że przetniemy pępowinę dopiero, gdy przestanie pulsować?” – nie mogłam uwierzyć, że słyszę takie pytanie. Czułam, że mam wpływ na to, w jaki sposób urodzi się moje dziecko.  Pozwolono mi wybrać pozycję, w jakiej chciałam urodzić i nie kazano mi leżeć bez ruchu pod ktg – dodaje.

Mądrość natury

Wiktoryna przyznaje, że wiedza z poprzednich porodów była bardzo pomocna przy każdym kolejnym. -Ufałam intuicji i swojemu ciału. Nowe podejście do porodu jest odhospitalizowane, jakby „oddaje” dziecko mamie – mówi Wiktoryna. – Jeśli wszystko przebiega bez komplikacji, mama i dziecko doskonale wiedzą, jak sobie poradzić. Niezwykłe jest to, jak w czasie porodu wyostrza się wrażliwość kobiety. Dlatego im mniej zbędnych bodźców w jej otoczeniu, tym większa koncentracja na przebiegu akcji porodowej i tym łatwiejsze i łagodniejsze wyjście dziecka na świat. Nieoceniona z perspektywy czasu i niezbędna była obecność męża przy trzech porodach. Istotne było jego wsparcie dające poczucie bezpieczeństwa i możliwość skupienia się tylko na porodzie – zapewnia Wiktoryna.

Miała ona również szczęście do położnych, które pozwalały jej zdać się na mądrość natury. Wspierały ją skutecznymi, ale mało „zmedykalizowanymi” metodami, jak woreczek z ciepłym ryżem położony na brzuch,  który przyniósł ogromną ulgę. Czy kołysanie w chuście, które bardzo odprężało. Podpowiadały też, jak oddychać, żeby było lżej. Właściwe oddychanie przy kolejnych fazach porodu przynosiło znaczną ulgę, jak również pomagało dziecku w sprawniejszym przyjściu na świat.

Wiktoryna z mężem i dziećmi: Natalią, Weroniką, Antkiem i Dawidem.

Wiktoryna z mężem i dziećmi: Natalią, Weroniką, Antkiem i Dawidem.

Śniadanie dla czworga

Porody były piękne. Życie z czwórką dzieci momentami stanowi wyzwanie, ale jest też źródłem radości nieporównywalnej do żadnej innej. – Pojawienie się kolejnego dziecka powoduje konieczność przeorganizowania na nowo życia całej rodziny. Kiedy jednak już jest razem z nami, radość przyćmiewa wszystko. To prawda, że przy każdym dziecku rezygnuje się z jakiejś cząstki siebie, ale w zamian odkrywa się inne, równie ważne doświadczenia. Zanim pojawiły się dzieci, wkładałam większość energii w życie zawodowe. Z czasem odwróciłam proporcje. Dzisiaj wielką wartością jest dla mnie to, co się dzieje w domu. Uważam, że energia, jaką wkłada się w życie rodzinne ma ogromne znaczenie. Czas poświęcany dzieciom daje efekty, procentuje – dodaje.

Wiktoryna przyznaje, że codzienność z czwórką dzieci jest jak praca na kilku etatach naraz. Wymaga doskonałego zorganizowania, bycia w stałej gotowości i wielkiej energii. Wymaga również dużej kreatywności w rozwiązywaniu problemów. Sama „techniczna obsługa” domu i organizacja życia rodzinnego zabiera mnóstwo czasu: przygotowywanie posiłków, prowadzenie starszych dzieci do szkoły, organizowanie zabaw tym młodszym, odrabianie lekcji, przebieranie, kąpanie. No i jeszcze zmywanie, pranie i sprzątanie, w którym dzielnie pomaga już starsze rodzeństwo.

Wiktoryna nie pracuje zawodowo. – W pracy pewnie bym odpoczęła – śmieje się. – Jednak zdecydowałam się zostać w domu, bo jestem głęboko przekonana, że nasza obecność i czas są najważniejszą rzeczą, jaką możemy dać dzieciom. Staram się nie myśleć w kategoriach, że coś przez to tracę. Koncentruję się na tym, co zyskuję – ja i moja rodzina. Zapadło mi w pamięć przeczytane kiedyś zdanie, że z dziećmi zostaje się nie po to, żeby sprzątać i prowadzić dom, ale właśnie po to, żeby zajmować się i być z  nimi.  Lubię nasze domowe życie – rozmowy, wspólne czytanie książek, zabawy, obserwowanie, jak dzieci się rozwijają, uczestniczenie w ich „światach” Widzę efekty mojej obecności i one utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję.  Ośmioletni Dawid, w przeciwieństwie do wielu jego rówieśników, w ogóle nie interesuje się grami komputerowymi. Za to uwielbia książki przygodowe. Dziewczynki są komunikatywne i nie boją się nowych wyzwań. Najmłodsi Weronika i Antek, których nosiliśmy dużo w chuście, są radośni i bardzo ciekawi świata. Bajki z komputera w naszym domu to raczej rzadkość. Staramy się ciekawie spędzać ze sobą czas – dodaje.

W jednej drużynie

Między rodzeństwem bywa różnie – raz jest wielka miłość, raz nienawiść. Przeważa jednak wzajemna radość z własnej obecności.  Weronika śpi w jednym pokoju z Antkiem, a Dawid z Natalką. Rano najmłodszy Antek biegnie budzić sześcioletnią Natalkę, która nie lubi wstawać wcześnie do szkoły. Czasem tylko jemu udaje się ją dobudzić. Niekiedy dzieci tak się sobą zajmą, że Wiktoryna może odpocząć.

– Pod tym względem jest łatwiej niż z jedynakiem – mówi. – Prawdą jest, że pierwsze dziecko dostaje najwięcej uwagi. Większość rodziców odczuwa wtedy naturalną potrzebę towarzyszenia, organizowania mu zabaw,  uczestniczenia w wszystkim, co ono robi. Gdy dzieci jest więcej, ta energia się rozkłada. Dzieci szybciej zyskują samodzielność. Potrafią zorganizować sobie czas również bez pomocy rodziców. Uczą się współpracy, wchodzenia w relacje – dodaje.

Nie tracąc siebie

Wiktoryna, choć jest bardzo zaangażowana w życie rodzinne, dba również o to, żeby mieć kawałek przestrzeni tylko dla siebie. Tą przestrzenią jest dla niej rozwijanie jej pasji – śpiewania. Wiktoryna od lat śpiewa w Scholi Gregoriana Silesiensis. Ostatnio zostały nagrane płyty z „Chorałem sarmackim”. Poza tym oboje z mężem starają się, aby ich życie było aktywne i ciekawe. Gdy tylko mają taką możliwość, wyjeżdżają na wspólne, rodzinne wycieczki. Lubią aktywnie spędzać czas na wrocławskich Osobowicach, na których mieszkają.

Wiktoryna i Paweł bardzo dbają też o to, żeby pielęgnować swoje wzajemne relacje. – Dzieci najwięcej uczą się z przykładów, jakie mają w domu – mówi Wiktoryna. – Relacja między mną a mężem jest dla nich pierwszym, najważniejszym wzorem relacji międzyludzkich. Dla nas również jest ona filarem, dlatego nie zaniedbujemy jej. Jeśli my będziemy mogli na siebie liczyć i wspierać się wzajemnie, ze wszystkim innym też sobie poradzimy – dodaje.

Żyją aktywnie, wesoło, uwielbiają spotkania z przyjaciółmi – również z tymi, którzy mają dzieci. Gdy przychodzą trudniejsze chwile, bo na przykład dzieci chorują, sięgają po system wsparcia – proszą o pomoc rodziców albo rodzeństwo, które mieszka w okolicy. Na co dzień jednak starają się radzić sobie sami, ciesząc się swoją obecnością.

Wysłuchała i spisała: Urszula Hreniak

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

napisz pierwszy komentarz...