Beata Budzyńska to niestereotypowa mama. Wymyśliła i wprowadziła na rynek innowacyjne gry do nauki języka angielskiego.  Opracowane przez nią produkty zdobywają popularność na całym świecie. Nie przeszkadza jej to w byciu mamą Michała i Piotrusia.  Razem z rodziną mieszka w podwrocławskiej  wsi, w cieniu Ślęzy, skąd zarządza firmą Play Me And Learn.  Nie ma wątpliwości: to kobiety wygrywają w biznesie. Nawet gdy jednocześnie karmią piersią. Poznajcie Beatę!

mamoteka.pl: Co było pierwsze – dzieci czy biznes?
Beata Budzyńska: Najpierw był pomysł, żeby uczyć tak, jak się lubi. Dzieci jeszcze nie było na świecie, a ja udzielałam lekcji angielskiego. Chciałam uczyć poprzez gry – to była moja pasja. Ale nie bardzo było skąd te gry wziąć. Wymyślaliśmy  je więc  z moimi uczniami.

Czyli najpierw była pasja?
Zdecydowanie – pasja do niestandardowych narzędzi nauczania, bo takie narzędzia podnoszą motywację i skuteczność samej dydaktyki.

A dlaczego właśnie gry?
Dla mnie gra to taki system, który przerzuca cały podręcznik w środowisko zabawy.  Gry niesamowicie ożywiają atmosferę podczas zajęć.  W moim przypadku zostały stworzone z praktyki i potrzeby.  Dobrze się sprawdzały w różnych grupach wiekowych.  Mnie -nauczycielowi- lepiej się pracowało, a uczniom łatwiej i przyjemniej uczyło. W grach ważna jest autonomia, gracz jest odpowiedzialny za siebie, sam podejmuje wiele decyzji. Co przekłada się na teorię nauczania, kładącą nacisk na wewnętrzną motywację do nauki. Chciałam, żeby uczniowie sami wymyślali,  co będzie w grze. Kiedy pozwoli się dziecku iść drogą, która naprawdę je fascynuje, daje to zaskakujące rezultaty. Gry są bardzo angażujące. Na ich punkcie szaleją nie tylko dzieci, ale też na przykład biznesmeni. Gdy jest gra, ferwor walki, okrzyki „daj mi done za have!” , poziom motywacji jest tak wielki, że ludzie zapominają, że to lekcja angielskiego.  Dlatego gry są magiczne i dlatego tak bardzo je lubię.

Jeden z wariantów gry do nauki angielskiego dla najmłodszych. Fot. Play Me And Learn

Jeden z wariantów gry do nauki angielskiego dla najmłodszych. Fot. Play Me And Learn

A w jaki sposób Twoje gry przekształciły się w biznes?
Pracowałam po kilkanaście godzin na dobę  ucząc angielskiego. W wieku trzydziestu lat poczułam, że czas na stabilizację. W międzyczasie poznałam Andrzeja, który wraz z przyjacielem prowadził firmę informatyczną i postanowił zainwestować w ten koncept. A przy okazji okazał się być fajną drogą do udanego życia rodzinnego. Dziś mamy dwójkę dzieci i tworzymy zgraną rodzinę.

Ta świetnie prosperująca firma chłopaków, którzy w kapciach w jednym mieszkaniu wymyślali  i sprzedawali oprogramowanie, była takim typowym przykładem historii o „startupie”, który może nie jest jakiś kosmiczny, ale daje niezależność, satysfakcję i pozwala fajnie żyć. Rok pisali oprogramowanie, potem je sprzedawali. To mnie zainspirowało. Skoro oni mogą, czemu nie ja? Namówiłam chłopaków, żeby wzięli kredyt na moją pierwszą grę, bo ja nie miałam zdolności kredytowej.

Opowiedz coś o swojej pierwszej grze.
Powiem szczerze, błędem było zaczynanie od najmłodszego użytkownika. Należało zacząć od najtańszego w produkcji użytkownika.  Dla maluszków nie można zrobić gry z papieru. Dla dorosłych gry mogą być  nawet w powietrzu, a oni będą sobie szukać różnych rzeczy w telefonach. Maluchy muszą mieć fizycznie istniejące, ciężkie, drogie tworzywo, trudne do znalezienia i do sprowadzenia, potrzebują wysokiej jakości, bezpiecznych produktów. Stworzyliśmy zestaw tematyczny do nauczania dzieci od 2 do 9 lat. Wszystko opiera się na gumowych planszach, które wydane są w całej masie słówek, znaczeń, aż po alfabet. Gra uczy na różnych poziomach trudności. Maluszkom pokazuje się same obrazki.  Dla starszych włączamy już zabawy ruchowe. Na przykład uczą się wymowy poprzez skakanie po literowym dywaniku. Muszą przykładowo na czas ułożyć słowo, skacząc po poszczególnych literach. W sumie mamy tych zabaw z planszami już ponad 150 i ciągle ktoś coś wymyśla. Wczoraj na przykład uczyliśmy się z zerówką present simple skacząc po częściach mowy i obrazkach. W ciągu pięciu minut dzieciaki łapały sens „wyskakiwanych” zdań!

Gra z planszami dla maluchów. Fot. Play Me And Learn

Gra z planszami dla maluchów. Fot. Play Me And Learn

A co dla dzieci po 9 roku życia?
Dla nich mamy osobną grę – Town.  To gra fabularna rozgrywana z użyciem wielkich plansz magnetycznych, z pionkami, punktami, podręcznikiem, to już „kombajn” do grania przez przynajmniej dwa lata. Wkrótce będzie jej oficjalna premiera.

Kto kupuje Twoje gry?
Nauczyciele języka angielskiego, szkoły językowe, biblioteki, przedszkola, które nie mają lektora, tylko same  uczą angielskiego . Czasem też podstawówki, gdy mają dotacje. Rodzice kupują małe gry, bo i takie mamy. Ale zaczynają też kupować plansze gumowe i skaczą  z dzieciakami w klasy czy twistera w domu.

Plany rozwojowe Twojej firmy?
Zdecydowanie nowe gry. Chcemy wprowadzić więcej mniejszych gier, adresowanych również do rodziców. No i cyfryzacja nas nie ominie, skoro są specjaliści na miejscu.

Co dają gry, oprócz tego, że ułatwiają naukę języka?
Uczą pracy w grupach, co jest słabą stroną Polaków, myślenia krytycznego, rozróżniana fikcji od prawdy, kreatywności, żeby dzieciaki rozwiązywały zadania tak, jak chcą, autonomii, żeby uczyły się tego, czego chcą i tego, co czują, ale przede wszystkim, żeby wiedziały, po co to robią i że język ma realne przełożenie na życie.  A także,  że nauka jest przygodą, zabawą. Chcemy tego małego geniusza w każdym dziecku po prostu rozbudzić, wzmocnić. Dać mu poczucie, że wszystko może.

Pomówmy teraz o Twoich dzieciach. Kiedy się pojawiły.
Pierwszy, Michaś urodził się, gdy już wiedziałam, że skupiam się na grach i chcę pracować w domu. W tym samym czasie podjęłam decyzję, że kończę z korepetycjami i etatem w szkołach. Drugi synek pojawił się po drodze, gdy gry już były na rynku. I po prostu został wciągnięty w nasz rytm. Chłopaki jeżdżą z nami na pokazy gier. Oni jako pierwsi testują nasze produkty.

Beata Budzyńska z synkami podczas wakacji.

Beata Budzyńska z synkami podczas wakacji.

I pewnie dobrze radzą sobie z angielskim.
Oni uczą się angielskiego mimochodem. Testuję swoje produkty w ich szkole, przedszkolu. W domu w ogóle nie rozmawiam z nimi po angielsku, ale uczestniczą w różnych moich zajęciach z grami. Ja się nauczyłam pierwszego słowa po angielsku w wieku 16 lat, a oni już do siebie mówią w tym języku.

A skutki uboczne Twojej pasji i zaangażowania w pracę?
Oczywiście są. Ja na ogół siedzę przy komputerze od godziny 9.00 do 17.00 i chłopaki muszą sobie w tym czasie radzić. Często zostają w świetlicy. Zdarza się, że starszy jest przyłączany do grupy przedszkolnej brata, gdy wcześniej kończy lekcje. Ich życie jest pełne poświeceń.

Są pewnie też plusy. Jakie?
Chłopcy są bardzo samodzielni. Gdy mama nie może, potrafią sami sobie przygotować prosty posiłek, typu kanapka czy płatki z mlekiem. Gdy jedziemy z grą w jakieś fajne miejsce, zabieramy ich ze sobą. Nasze życie jest ciekawe. Poza tym samodzielność nie jest zła. Przerabiałam ją u siebie w domu, bo moi rodzice też byli bardzo zajęci. Wyszło mi to na dobre. Byłam zmuszona coś ze sobą zrobić, wykombinować coś. Chłopcy mają mocną relację, bo muszą się ze sobą bawić. Na wsi sobie dobrze radzą. Samych ich oczywiście nie puszczam , ale znają wszystkich i potrafią się dogadać. Nasza wieś jest mała, kilka domów, wszystkie wioskowe dzieciaki są częścią jednej grupy. Podobnie jest w naszej szkole, gdzie jest ich pięćdziesiątka. Poza tym też, gdy trzeba, praca poza etatem  pozwala tak układać zajęcia, żeby znaleźć więcej czasu dla dzieci.

Dla kogo jest taki biznes i tryb życia?
Na pewno nie dla kobiet, które nienawidzą, że jest kurz na szafce, buty byle gdzie, a obiad niezrobiony dzisiaj i jemy kanapki. Jeżeli kobieta nie jest w stanie psychicznie poradzić sobie z tym, że jej dziecko nie będzie miało najlepszych muffinków  w klasie z okazji dnia nauczyciela czy na mikołajki, to nie jest biznes dla niej.  Coś za coś.

A rady dla innych kobiet, które chciałby łączyć dzieci i własny biznes?
Przede wszystkim – nie bać się. Ani dzieci, ani biznesu. Trzeba się liczyć z jakimś tam chaosem. Rzeczywistość z dziećmi jest niesamowita, nawet jeśli jest to rzeczywistość zapracowanej mamy. Ja teraz nawet nie umiem sobie wyobrazić, że tych dwóch facetów nie ma w moim życiu. Ale też nie umiem sobie wyobrazić rezygnacji z mojej pasji. Dzieci są moją motywacją. Prowadząc własny biznes dostaje się stres, ale też czas do własnej dyspozycji. Dla matki to jest podstawa, że sama zarządza czasem. Że nie ma szefa. Jeżeli w tym dniu nie może czegoś zrobić, zrobi dwa razy więcej w następnym dniu. To jest idealne dla mamy. Kobiety są przygotowane do pracy wielozadaniowej, takie jesteśmy, lubimy trójpolówkę, to ewolucyjna cecha. Dlatego  kobieta jest naturalnie predysponowana do tego, żeby wygrywać w biznesie:  myśli globalnie, ale też o szczególikach, o wielu rzeczach naraz, umie przewidywać. Budzi się o 3 nad ranem, żeby nakarmić piersią dziecko i ma w głowie gotowy plan na cały następny dzień.

Na bazie gry dla maluchów powstało już 150 zabaw. Fot. Play Me And Learn

Na bazie gry dla maluchów powstało już 150 zabaw. Fot. Play Me And Learn

I jeszcze jedno: gdy dzieci nie mają idealnie doprasowanych spodni, to nie znaczy, że będą nieszczęśliwymi ludźmi. Wręcz przeciwnie, będą czerpały ze środka, nie z zewnętrznej aprobaty otoczenia.  Dla kobiety też jest ważne, żeby mieć coś na potem. Bo dzieci w pewnym momencie wyfruną z gniazda. Ważny jest balans. Żeby nie uwiesić się na jednej idei.

Wysłuchały i spisały: Urszula Hreniak, Karolina Górska

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

napisz pierwszy komentarz...